Portal o zjawiskach nieznanych i niezbadanych
Strona Główna Artykuły Download Forum Linki Kategorie Newsów Styczeń 19 2020 00:13:01
Nawigacja
Strona Główna
Artykuły
Download
FAQ
Forum
Linki
Kategorie Newsów
Kontakt
Galeria
Szukaj
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 66
Najnowszy Użytkownik: Nemezis
tik-tak
trwa inicjalizacja, prosze czekac...dobry fryzjer wrocław
Mapa pogody
.
 Witamy
Szachy z duchem
Ciekawostki Ludzie od tysięcy lat poszukują dowodu na istnienie świata zamieszkanego przez duchy zmarłych. Uparcie próbują także nawiązać z nimi kontakt. Do jednego z takich eksperymentów wykorzystano nieżyjącego szachowego arcymistrza.


Chodzi o partię szachów rozegraną przy pomocy medium pomiędzy żyjącym zawodnikiem a jego zmarłym przeciwnikiem. Rozgrywkę zorganizował w 1985 roku doktor nauk ekonomicznych Szwajcar Wolfgang Eisenbeiss, który zajmował się także badaniem zjawisk paranormalnych.

Chciał w ten sposób udowodnić istnienie życia pozagrobowego. By uniknąć jakichkolwiek podejrzeń dotyczących zmarłego uczestnika meczu, miał nim zostać duch szachisty wysokiej klasy, którego styl gry znali wszyscy żyjący mistrzowie.

Wybór partnera

Doktor Eisenbeisss zwrócił się z prośbą o wzięcie udziału w eksperymencie do Wiktora Korcznoja - radzieckiego arcymistrza, który swego czasu wyemigrował do Szwajcarii. Mimo że wybitny zawodnik nie wierzył w życie pozagrobowe, nie miał nic przeciwko rozegraniu partii z duchem zmarłego kolegi.

Do ekscentrycznego pomysłu odniósł się wręcz z humorem, żartując, że wszyscy arcymistrzowie są nienormalni, a różni ich jedynie stopień obłąkania. Po uzyskaniu zgody od Korcznoja Wolfgang Eisenbeiss zaczął szukać odpowiedniego łącznika z zaświatami.

Ostatecznie został nim jego dawny znajomy, również zajmujący się zjawiskami paranormalnymi, pochodzący z Rumunii Robert Rollans. Był on medium, które wprowadzało się w stan transu, po czym nawiązywało kontakt z pozaziemskim rozmówcą i przekazywało uzyskane ze świata pozagrobowego informacje za pomocą pisma automatycznego.

Rollans okazał się najlepszym kandydatem, ponieważ nie tylko nie umiał grać w szachy, ale nawet nie potrafił prawidłowo rozstawić figur na szachownicy.Eisenbeiss przekazał Rollansowi listę zmarłych arcymistrzów sporządzoną przez Korcznoja i poprosił, by duch, z którym medium było w stałym kontakcie (Rollans nazywał go Gabrielle), pomógł mu znaleźć w zaświatach zawodnika chętnego do udziału w meczu. Wiktor Korcznoj zasugerował, że chętnie zagrałby z José Raúlem Capablancą lub Paulem Keresem.

Piętnastego czerwca 1985 roku Gabrielle poinformowała medium, że wyzwania podejmie się węgierski arcymistrz Géza Maróczy. Potem dodała, iż Maróczy spróbuje kontaktować się z Rollansem bezpośrednio, bez jej udziału. Poznajmy zatem bliżej uczestników niecodziennego meczu!


Dwaj arcymistrzowie

Na początku XX wieku węgierski arcymistrz Géza Maróczy (1870- -1951) był jednym z najlepszych szachistów na świecie. Zwyciężył w turniejach w Monte Carlo (1902 i 1904), Ostendzie (1905), Barmen (1905) i Wiedniu (1908). Po ostatnich zawodach ograniczył swoją aktywność sportową. Do gry wrócił dopiero po zakończeniu I wojny światowej. Jego jedynym znaczącym sukcesem w tamtym okresie okazało się zajęcie pierwszego miejsca podczas turnieju w Karlovych Varach (1923). Kandydatura Maróczego została zaakceptowana przez wszystkich uczestników eksperymentu.

Z kolei Wiktor Korcznoj był czterokrotnym mistrzem ZSRR w szachach (1960, 1962, 1964, 1970) i pięciokrotnym mistrzem Europy w tej dyscyplinie. Poza tym dwukrotnie uczestniczył w meczach finałowych o tytuł mistrza świata (z Anatolijem Karpowem) oraz w rozgrywce finałowej pretendentów w 1974 roku (również z Karpowem). Korcznoj zwyciężył w około 100 turniejach międzynarodowych. Latem 1976 roku odmówił powrotu do ZSRR z rozgrywek w Amsterdamie, po czym osiedlił się w Szwajcarii. Z czasem otrzymał szwajcarskie obywatelstwo i reprezentował ten kraj na zawodach międzynarodowych.

Rozgrywka z duchem

Niezwykły mecz zaczął się od tego, że duch węgierskiego szachisty napisał ręką znajdującego się w transie medium: "Ja, Géza Maróczy, witam was". Potem arcymistrz wyraził zaniepokojenie z powodu poziomu swoich umiejętności. Tłumaczył, że długo nie trenował i wyjaśnił, dlaczego w ogóle zgodził się wziąć udział w tej niecodziennej partii. "Pozostaję do waszej dyspozycji z dwóch powodów" - zapisał Rollans.

"Chciałbym pomóc zrozumieć ludzkości żyjącej na ziemi, że śmierć nie oznacza końca wszystkiego: rozum oddziela się od ciała i żyje w nowym świecie, w innych wymiarach". Drugą przyczyną miało być rozsławienie ziemskiej ojczyzny Maróczego, czyli Węgier. Następnie duch arcymistrza przekazał pierwsze dyspozycje dotyczące ruchu na szachownicy: d2-d4.

Wiktor Korcznoj sądził, że rozgrywka z duchem będzie czymś w rodzaju dziecinnej zabawy. Diametralnie zmienił zdanie już po kilku posunięciach. A po 27. ruchu tak skomentował niezwykłą partię: - Ten, z kim gram, zaczął niezbyt pewnie, w nieco staromodnym stylu. Jednak muszę przyznać, że teraz nie jestem już pewien swojej wygranej. Początkowe wahania przeciwnika ewoluowały do zdecydowanych ruchów pod koniec rozgrywki.

Właśnie wtedy wyraźnie dały o sobie znać doskonałe umiejętności gracza. Mój pozagrobowy przeciwnik gra bardzo dobrze. Niecodzienną partię szachów obserwował jeszcze jeden człowiek - szachista oraz dyrektor Pacyficznego Instytutu Psychoneurologii w Seattle, profesor Katedry Neurologii i Psychoterapii na Uniwersytecie w Saint Louis, Vernon Neppe.

Kiedy uczony szczegółowo przeanalizował przebieg gry, doszedł do wniosku, że "Maróczy, jak przypuszczano, najpierw grał na poziomie mistrzowskim, lecz pod koniec meczu stosował rozwiązania godne prawdziwego arcymistrza szachowego. Powolna i omyłkowa faza początkowa była, być może, związana z wykorzystywaniem przez Korcznoja nowych koncepcji taktycznych, opracowanych już po śmierci węgierskiego szachisty". Neppe dodał, że medium Robert Rollans nie byłby w stanie osiągnąć takiego mistrzostwa nawet po specjalnym przygotowaniu!

W tamtym okresie Wiktor Korcznoj aktywnie uczestniczył w turniejach i jeździł po całym świecie. Rollans czekał więc na odzew z jego strony czasami całymi tygodniami. Jak twierdził później:

- Kiedy odczuwałem specyficzne swędzenie całego ciała, oznaczało to, że duch Maróczego chciał nawiązać kontakt.

Gdy medium otrzymywało nowe informacje związane z ruchem figur na szachownicy, wysyłało je Eisenbeissowi, z kolei ten - Korcznojowi.

Jak można się było spodziewać, sceptycy zaczęli podejrzewać, że Robert Rollans konsultował się z doświadczonymi szachistami. Jednak doktor Neppe uważał te przypuszczenia za mało wiarygodne, ponieważ rozgrywka między zawodnikami odbywała się na wyjątkowo wysokim poziomie, zaś jej przebieg niezwykle przypominał taktykę stosowaną niegdyś przez Węgra.

"Ze względu na wyraźnie widoczne różnice w sposobie gry obu panów, niemożliwa wydaje się komputerowa symulacja przebiegu meczu. Poza tym obecnie jedynie kilku szachistów na świecie gra na tak wysokim poziomie" - napisał Neppe. Eisenbeiss podkreślił zaś, że Rollans i Korcznoj nie otrzymali za udział w eksperymencie ani grosza, więc nie mieli żadnej motywacji do ewentualnego oszustwa.

Podczas meczu Eisenbeiss pytał Maróczego o wiele spraw, chcąc potwierdzić jego tożsamość. Na koniec lipca 1986 roku medium przekazało uczonemu 38 ręcznie zapisanych stronic z odpowiedziami na liczne, zadane wcześniej pytania. Eisenbeiss postanowił zweryfikować uzyskane informacje, dlatego skontaktował się z jednym z węgierskich ekspertów w dziedzinie szachów.

W czasie rozmowy nie wyjawił rozmówcy prawdziwych powodów swojego zainteresowania życiorysem Maróczego, twierdząc, że zbiera materiał do książki biograficznej o wybitnym szachiście. Węgier zgodził się i wykonał ogromną pracę. Oprócz "przekopywania" bibliotek i archiwów, spotkał się z kuzynem oraz dwojgiem dzieci Gézy Maróczego - synem i córką, którzy mieli już ponad osiemdziesiąt lat.

Spośród 92 uzyskanych odpowiedzi badacz mógł potwierdzić - dzięki dokumentom oraz wspomnieniom krewnych słynnego szachisty - 85 informacji. Pozostałych 7 było, być może, prawdziwych, jednak nie zachowały się żadne notatki dotyczące konkretnych wydarzeń bądź też rodzina nie pamiętała danych sytuacji.

Jednym z najciekawszych dowodów potwierdzających tożsamość Maróczego było pytanie o rozgrywkę z 1930 roku. Kiedy Wolfgang Eisenbeiss znalazł w archiwach prasowych relację z tamtego meczu, w trakcie seansu spirytystycznego zapytał Maróczego o Włocha Romi. Węgierski arcymistrz odpowiedział, że nigdy nie grał z człowiekiem o takim nazwisku, za to swego czasu zwyciężył z szachistą, który nazywał się Romig. I rzeczywiście: choć w kronikach szachowych widniało nazwisko Romi, później udało się znaleźć oficjalny protokół z meczu w 1930 roku, w którym włoski zawodnik został zapisany jako Romig.

Siedem lat meczu

Mecz zakończył się po siedmiu latach i ośmiu miesiącach 11 lutego 1993 roku. Géza Maróczy, który grał w "staromodnym" stylu, poddał się przy 47. ruchu. Robert Rollans zmarł 3 tygodnie po zakończeniu rozgrywki. W kwietniu 2006 roku Wolfgang Eisenbeiss opublikował w czasopiśmie Towarzystwa Badań Psychicznych (Wielka Brytania) wyniki eksperymentu, wywołując tym zagorzałą dyskusję w świecie nauki.

Wielu uczonych oskarżyło go o oszustwo. Niemniej udział w doświadczeniu uznanych autorytetów w dziedzinie szachów, historii, a także psychiatrii zmusił naukowców do zwrócenia baczniejszej uwagi na opisany fenomen, który udowadnia istnienie intelektu oraz świadomości po fizycznej śmierci człowieka.
https://menway.interia.pl
Życzenia Noworoczne
Powitania i życzenia
Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku!!!!!! Niech Wam się Darzy.




Życzenia świąteczne
Powitania i życzenia Drodzy Użytkownicy i Goście Portalu Zagadki Ludzkości,
chciałam Wam Wszystkim złożyć życzenia Zdrowych i Wesołych Świąt.
Niech Wigilia i Święta Bożego Narodzenia upłyną spokojnie i radośnie,
aby marzenia zmieniły się w rzeczywistość,
a sukcesy przerosły oczekiwania.

pozdrawiam

Adminblack


Lemegeton - Mniejszy klucz Salomona
Tajemnicze księgi Od wieków ludzie wierzą w duchy, upiory, diabły i demony.
Z biegiem czasu jednak ludzie zapragnęli nie tylko wzywać
owe potężne istoty, ale także kontrolować i wykorzystywać
do swoich celów.
I w pewnym momencie dziejów ludzkości pojawiła się
księga, która rozbudziła nadzieję na wzbogacenie się i
osiągniecie oszałamiającego sukcesu życiowego małym
wysiłkiem.
Księga owa to Lemegeton znana także pod
nazwą Mniejszego Klucz Salomona.
Jest to najbardziej znana księga w demonologii .
Pochodzenie tej księgi nie jest dokładnie znane, wprawdzie autorstwo przypisuje się Salomonowi,
ale jest to mało prawdopodobne.
Uznaje się, że jest to anonimowe dzieło pochodzące z około XVII wieku.



zródło: internet


Lemegeton Podzielony jest na pięć ksiąg zwanych:
Goetia, Theurgia Goetia, Ars Paulina, Ars Almadel
oraz Ars Nova.
pierwsza część Lemegetonu jest Goetia, która zawiera opis
72 demonów.
Według legendy Salomon uwięził demony w specjalnym
naczyniu i odtąd są zobowiązane służyć każdemu, kto je
wezwie. Oprócz tego Goetia zawiera dokładne wskazówki,
jak ubezwłasnowolnić demony i nagiąć do własnej woli.

Sztuka Teurgii Goecji to druga z kolei księga Lemegetonu
zawiera opis 31 powietrznych duchów, częściowo dobrych,
a częściowo złych. Duchy te mogą ukazać wszystkie ukryte
rzeczy, tajemnice osób, a także wykonać czynności
znajdujące się w mocy czterech żywiołów (powietrza, wody,
ognia, ziemi).

Sztuka Paulińska to trzecia cześć Lemegetonu. Legenda
głosi, że sztuka ta została odkryta przez Pawła z Tarsu.
Znana była już w średniowieczu. Składa się z dwóch
rozdziałów. Pierwszy rozdział odnosi się do sposobu
sprowadzania aniołów kilku godzin dnia i ich sług.
Drugi rozdział dotyczy aniołów znaków zodiaku i ich relacji z czterema
żywiołami (powietrzem, wodą, ogniem i ziemią).

Sztuka Almadelowa to czwarta część Lemegetonu, która
mówi o tym, jak zrobić Almadel, czyli woskową tablicę z
wyrytymi na niej ochronnymi symbolami i czterema
świecami.

Ostatnia część to Sztuka Objawiona, która znana jest jako
Sztuka Notariusza oraz Księga Helisola. To co wiadomo to
została objawiona przez Boga za pośrednictwem Archanioła
Michała królowi Salomonowi. Według legendy,to dzięki tej
części król osiągnął swoją dużą wiedzę.

Wampiry
Zagadki ludzkości Wampir – postać szeroko wykorzystywana w kulturze. Jego obraz zawdzięczamy głośnej książce „Drakula” Brama Stokera. Drakula nie był jednak ojcem rodu wampirów, a jego przodków należy szukać wszędzie tam, gdzie ludzie bali się nagłej śmierci – zatem również w starożytności.

Reinkarnacja duszy

Próbując zdefiniować wampira przyjmuje się, że jest to duch tragicznie zmarłej osoby lub jej ożywiony trup, który powraca, aby szkodzić ludziom. Przemianę w wampira można przedstawić jako reinkarnację – dusza zmarłego wstępuje do nowego ciała lub przemienia się w istniejącym, dając mu tym samym nowe życie, zachowując przy tym swoją tożsamość i niezależność. Już w starożytnej Grecji osoby przemienione w wampiry uznawane były za niespokojne duchy przedwcześnie zmarłych. Platon uważał, że ich dusza:

ze strachu przed tym, co niewidzialne, przed tamtym światem, […] jak powiadają, włóczy się koło pomników i grobów, gdzie już nieraz widywano jakieś do cieniów podobne dusz widziadła […] nie są [to] dusze ludzi dzielnych, tylko złych, które się po takich miejscach błąkać muszą, pokutując za pierwsze swoje życie: złe.

Krwiożercze piękności

W kulturze antycznej wampiry były przedstawiane jako żeńskie demony przyjmujące ludzką postać, aby móc żerować na śmiertelnikach. Stanowiły one orszak bogini świata podziemnego i magii – Hekate, a znano je pod postaciami empusów, lamii, strzyg i sukkubów. Ich zadaniem było uwodzenie mężczyzn, żywienie się krwią i ciałem swoich ofiar, a także zabijanie, porywanie lub zjadanie pozostawionych samotnie dzieci. Wszystkie posiadały zdolność do przemiany w stworzenia związane z demonami nocy. Umiejętność takiej przemiany sugeruje, że do grona wampirów można także zaliczyć mitologiczne syreny. Te kobiety-ptaki już w poemacie Homera wabiły marynarzy ku zgubie i zbierały ich kości na swojej wyspie.

Chodzący zmarli

Znane jest także podanie rzymskiego historyka Flegona z Tralles z II w. n.e., który opisał historię przedwcześnie zmarłej dziewczyny. Powstawszy z grobu odwiedzała ona nocami młodzieńca mieszkającego w domu jej rodziców. Gdy wyszło to na jaw, rodzina dziewczyny postanowiła zaczekać na nią w ukryciu, chcąc ją powitać i wziąć w ramiona. Ta jednak ze smutkiem wytknęła im okrucieństwo ich ciekawości i oznajmiła, że teraz musi wrócić do miejsca swojego przeznaczenia, po czym padła martwa. Kiedy rodzina następnego dnia otworzyła grób, okazało się, iż był on pusty.

Magia ochronna

Starożytni nie byli pozostawieni sami sobie w walce z ożywionymi zmarłymi. W starożytnym Rzymie istniało kolegium kapłanów mających za zadanie zwalczanie wampirów, a także kodeks prawny, który zakazywał pozostawiania zmarłych w miejscach wystawionych na żer lamii i strzyg.

Według Owidiusza ludzie w walce z wampirami posiadali po swojej stronie boginię drzwi, zawiasów i zdrowia – Carnę. Atak strzyg na niemowlęta w domu można było też udaremnić poprzez trzykrotne dotknięcie futryny liściem arbutusowym (rodzaj rośliny z rodziny wrzosowatych), skropienie progu specjalną wodą, złożenie w ofierze surowych wnętrzności dwumiesięcznej sowy i wypowiedzenie specjalnej modlitwy:

Ptaki nocy, oszczędźcie organy wewnętrzne dzieci: mała ofiara przypada z małego dziecka.

Weźcie, modlę się, serce za serce, wnętrzności za wnętrzności. To życie dajemy wam dla lepszego życia.


Jak widzimy lęk przed nieumarłymi był bardzo istotnym elementem codzienności starożytnych. Niezwykłym jest fakt, że po ponad dwóch tysiącach lat nasze wyobrażenia wampirów nie różnią się aż tak bardzo od wyobrażeń antyku.

https://ciekawostkihistoryczne.pl/2019/08/08/klasyczny-wampir-w-poszukiwaniu-starozytnego-przodka-drakuli/#2
Biblia Diabła – średniowieczny manuskrypt, w którym ukazano Lucyfera
Tajemnicze księgi W światowej historii – zwłaszcza gdy badamy archiwa zachowane w mrokach średniowiecza – legendy stanowią nieocenione źródło wiedzy. I inspiracji. Bo przecież dzięki wyobraźni potrafimy dopisywać nowe rozdziały do cywilizacyjnych kronik… a czasami nawet całe księgi. Dowodem jest choćby Codex Gigas, prawdopodobnie największy istniejący manuskrypt, w którym zobrazowano wizerunek samego diabła. Rękopis nie jest jednak wytworem fantazji, a prawdziwym dziełem stworzonym przez człowieka.

Tajemniczy manuskrypt został spisany w benedyktyńskim klasztorze w Podlažicach, niedaleko miasta Chrudim. Zakon kojarzy się z miejscem uświęconym przez religię. Ale nawet w sferze sacrum istnieje grzech. Z zakazanymi pragnieniami mierzyć musieli się również przedstawiciele zakonu. Szczególnie interesujący jest przypadek jednego z braci, o którym wiemy z dawnej legendy. A przecież w nich właśnie znaleźć można ziarenko prawdy…

Mnich natchniony przez szatana

Zgodnie z ludowym podaniem autorem świętego tekstu był mnich, który dopuścił się złamania reguły zakonnej. Na jego sumieniu ciążyć musiał potężny grzech, gdyż jego przełożeni nie mieli żadnych wątpliwości, że kara powinna być najwyższa. Zamurowanie żywcem w celi – oto cena za takie przewinienia. Zakonnik postanowił jednak wybłagać o możliwość pokuty. Warunek był prosty. W noc poprzedzającą egzekucję mnich miał spisać religijne dzieło, które rozsławiłoby klasztor. Zadanie katorżnicze, praktycznie niewykonalne. A jednak warte ryzyka.

Potępiony mężczyzna, będąc w najczarniejszej godzinie swojej próby, postanowił, że o pomoc w opracowaniu dzieła poprosi upadłego anioła. Ręka śmiertelnika nie była więc prowadzona przez Boga, lecz szatana. I to jego wizerunek pojawia się na karcie szczególnej wersji Biblii.

Nazwa manuskryptu jest wymowna. Bo „Codex Gigas” to inaczej „Wielki Kodeks” lub „Wielka Księga”. Rycina, na której zobrazowano oblicze demona, jest prawdziwa i to z uwagi na nią manuskrypt nazywany jest niekiedy „Biblią Diabła”. Nietrudno jest się domyślić, że w żadnym innym egzemplarzu Biblii nie znajdziemy takiego wizerunku. Jest on zresztą szczególny, bo graficzne dzieło ukazuje nam Lucyfera zamkniętego w więzieniu, komnacie zła.

Format i rozmiary rękopisu wzbudzają zaś autentyczny zachwyt. Kodeks, który obecnie przechowywany jest w Bibliotece Królewskiej w Sztkohkolmie, mierzy niemal metr wysokości. Szeroki na pół metra, gruby na ponad 20 centymetrów, waży 75 kilogramów. Do wykonania prawdopodobnie największego w dziejach manuskryptu zużyto ponad 300 welinowych kart, do których użyto skór z około 160 zwierząt. Liczby potrafią robić wrażenie. Nic dziwnego, że rękopis był przez wieki przyrównywany do jednego z siedmiu cudów świata i nazywano go niekiedy ósmym cudem. Imponował formą. A także treścią.

W całości znajduje się bowiem nie tylko tekst Starego i Nowego Testamentu, ale również encyklopedia „Etymologiae” Izdyora z Sewilli, hiszpańskiego arcybiskupa i „Kronikę Czechów” Kosmasa z Pragi, którego uważa się za pierwszego czeskiego kronikarza.

Najciekawsze zapisano jednak w kolejnych partiach manuskryptu. Tajemnicze traktaty medyczne, ludowe przypowieści, a także prawdziwie diabelskie sekrety – formuły magiczne, które miały służyć odprawianiu egzorcyzmów. Manuskrypt zawiera iluminacje w kolorach: czerwonym, niebieskim, żółtym, zielonym i złotym. A wszystko w jednym tomie spisanym przez jednego człowieka. Czy to możliwe? Czy w legendzie zapisano faktycznie ziarenko prawdy?

Historyczne śledztwo w religijnej sprawie

Ustalenie autentyczności dokumentu wiąże się z pogłębionymi badaniami. Wpis w księdze zdaje się wskazywać, że prawdopodobną datę zakończenia prac nad Biblią Diabła był rok 1230. Przedstawiciele międzynarodowej grupy współczesnych ekspertów – złożonej z paleografów, bibliotekarzy i biblistów – ustalili, że jeden człowiek – gdyby pracował bez większych przerw – dokładnie wykaligrafowaną stronę mógłby zapisać w około godzinę. Praca nad tysiącami stronic Codexu Gigas wiązałaby się zaś z około dwudziestoletnim okresem prawdziwego poświęcenia. W ciszy. Odosobnieniu. Prawdziwe samotni, która mogłaby stanowić rodzaj pokuty.

W demonicznej legendzie o grzesznym śmiertelniku przez wieki często pojawiało się słowo inclusus. Grafolodzy odkryli bowiem, że błędnie przetłumaczono i zinterpretowano łacińskie słowo, które znaczy nie tyle (tudzież – nie tylko) karę, co izolację. Benedyktyńska cierpliwość została odpłacona. Inclusus oznacza tu najprawdopodobniej nie karę polegającą na zamurowaniu żywcem, ale mnicha, który z własnej woli odizolował się od świata, zamieszkawszy w odosobnionej celi. Wiadomo to również na podstawie analizy atramentu, który stanowił chemiczny podpis. Sporządzone z różnych metali i pokruszonych gniazd owadów nie pozostawia wątpliwości, co do tego, że „Biblia Szatana” faktycznie została opracowana przez tylko jednego śmiertelnika.

Autorski projekt – niezwykle imponujący zarówno w formie, jak i treści – przypisywać można zatem nie grupie czeskich mnichów, lecz jednej, w dodatku bardzo konkretnej osobie. Badacze zdołali zresztą nawet określić imię autora „Codexu Gigas”. Hermanus Monachus Inclusus, czyli mnich natchniony przez szatana, a może raczej zakonnik prowadzony przez chęć boskiego oświecenia? Dwoistość ludzkiej natury – dobro i zło – znajduje zresztą wyraz w samym manuskrypcie. Bo na stronie poprzedzającej obraz Szatana znajduje się imponujący rysunek królestwa niebieskiego…

https://ciekawostkihistoryczne.pl/2019/12/01/biblia-diabla-sredniowieczny-manuskrypt-w-ktorym-ukazano-lucyfera/#3
Podniebny rydwan: Zagadka z Księgi Ezechiela
Zagadki ludzkości Księga Ezechiela należy do najbardziej zagadkowych fragmentów Starego Testamentu. Co przedstawił w niej natchniony prorok? Metaforyczną wizję chwały jedynego Boga? A może – jak próbują to udowodnić łowcy biblijnych sensacji – relację z lądowania statku kosmicznego obcej cywilizacji?

Na początku szóstego wieku przed naszą erą królestwo Judy przeżywało trudny oraz burzliwy okres. Czasy świetności miało za sobą: pozostając w pełnej zależności od władających Egiptem faraonów, musiało szykować się do stawienia czoła najeźdźcom ze wschodu - babilońskiej armii pod wodzą Nabuchodonozora II.

Król Jojakim poczynił, co prawda, przygotowania do odparcia inwazji, zbrojąc mężczyzn i fortyfikując miasta, ale koniec wydawał się bliski.
ukazywali zbliżającą się nawałę z Babilonu jako karę za grzechy i sprzeniewierzanie się woli Jahwe.

Prorok upadającego królewstwa

Jednym z tych, którzy w tych ostatnich dniach przed upadkiem królestwa próbowali obudzić w swych braciach zapał religijny i patriotyczny, był niejaki Ezechiel - prorok sprawujący w Jerozolimie funkcję kapłana

Posiadał odpowiednie wykształcenie, interesował się też historią i był bacznym obserwatorem życia społecznego.

Z zatroskaniem odnotowywał w swoich zapiskach ruchy wojsk Nabuchodonozora oraz rosnącą wrogość ościennych plemion Ammonitów oraz Edomitów. W końcu stał się świadkiem upadku i splądrowania Jerozolimy przez Babilończyków. Wraz z dworem Jojakima musiał opuścić Święte Miasto i udać się w niewolę...

Jego nowym, przymusowym miejscem zamieszkania było Tell-Abib na terenie dzisiejszego Iraku. Tam też uczestniczył w wydarzeniach, które na zawsze zmieniły jego życie, a dla wielu badaczy Starego Testamentu stanowią ciągle nierozwiązaną zagadkę. Oto pewnego dnia Ezechiel ujrzał coś, co przyprawiło go o zdumienie i nabożny strach.


Jahwe za sterami?


Cóż takiego przedstawił nam Ezechiel trawiący na obczyźnie gorycz upadku Królestwa Judy? Dla teologów i religijnych znawców Pisma Świętego sprawa jest jasna: doznał wizji chwały Boga, a potem postarał się słowami opisać obrazy, jakie ujrzał w mistycznym uniesieniu.

Jego opowieść miała podtrzymać na duchu przebywających w niewoli babilońskiej rodaków i przypomnieć im o wszechmocy Jahwe, który jest ich jedyną nadzieją na wyzwolenie. Ale jest też spore grono badaczy starożytności, takich jak Erich von Däniken czy Josef Blumrich, którzy uważają, że mamy tu do czynienia z bardzo plastycznym opisem... statku kosmicznego wraz z pochodzącą spoza Ziemi załogą.

Jakie argumenty przytaczają na udowodnienie swej hipotezy? Po pierwsze, podkreślają, że w relacji proroka łatwo dostrzec - opisane językiem człowieka, który nigdy nie widział zaawansowanych technicznie urządzeń - poszczególne elementy konstrukcyjne wehikułu o napędzie atomowym lub jonowym oraz ich wyposażenie.

Należą do nich: Rozgrzana "chłodnica" lub osłona stosu napędowego ("żarzące się węgle"); Koła wykonane z zagadkowego, połyskliwego materiału, które potrafiły poruszać się we wszystkich kierunkach; Androidy ("istoty żyjące") mające zdolność błyskawicznego przemieszczania się. Wymienione wyżej koła, które im towarzyszyły podczas każdego ruchu, mogłyby być kulistymi robotami.


Ezechiel dostrzegł także postać pilota tego statku, który odziany był w metaliczny, połyskujący skafander i otoczony czymś w rodzaju pola siłowego. Mało tego! Z innych ustępów Księgi Ezechiela wiemy, że prorok wybrał się na "wycieczkę" owym tajemniczym wehikułem i w krótkim czasie pokonał jako gość na jego pokładzie niewyobrażalne odległości.

Rydwany bogów

Kto ma rację? Czy prorok opisuje Boga i zwierzokształtne, skrzydlate cheruby, czy też próbuje oddać swoimi słowami wygląd kapsuły lądowniczej kosmitów, których wziął za istoty boskie? Tego nie jesteśmy w stanie rozstrzygnąć.

Przypomnijmy jednak, że podobny opis lotu na pokładzie statku prowadzonego przez tajemnicze istoty zawarty jest w apokryficznej Księdze Abrahama. Mało tego. Mamy także pochodzące z innych kręgów kulturowych i religijnych opisy, które w zadziwiająco szczegółowy sposób relacjonują konstrukcję, wyposażenie i uzbrojenie powietrznych wehikułów.

Należą do nich niewątpliwie słynne wimany - "samoloty" indyjskich bogów, osiągające zawrotne prędkości, rażące śmiercionośnymi pociskami i znacznie przewyższające możliwościami współczesne maszyny bojowe.

Czy mają one coś wspólnego z relacjami autorów żydowskich? Czy 2-3 tysiące lat temu gościliśmy na naszej planecie przybyszy z kosmosu? Brzmi to jak science-fiction, ale czym byłyby badania nad przeszłością bez odrobiny fantazji na temat przyszłości...


Zródło: https://menway.interia.pl/
Plagi egipskie
Zagadki ludzkości W tym zaciekłym pojedynku uczestniczyli z jednej strony Mojżesz i jego brat Aaron, a z drugiej – faraon. Stawką była wolność dla setek tysięcy cierpiących niewolę Izraelitów, ofiarą konfliktu padli zaś zwykli Egipcjanie, na których posypała się lawina nieszczęść. Czy da się racjonalnie wytłumaczyć przynajmniej niektóre niezwykłe zjawiska opisane w Księdze Wyjścia?

Dla wierzących seria dziesięciu katastrof, które nawiedziły państwo nad Nilem, to niezwykle wymowny znak boskiej mocy karzącej pychę i samowładztwo faraona.

Co na to przedstawiciele świata nauki? Otóż twierdzą, że wszystkie przedstawione w Biblii plagi da się wyjaśnić i zinterpretować jako klęski żywiołowe.
Według prof. Roberta Millera z Amerykańskiego Uniwersytetu Katolickiego tracimy wówczas cały sens biblijnego przekazu. - A ów sens polega na tym, że wyszliśmy z Egiptu nie z pomocą zjawisk naturalnych, lecz za sprawą Boga - twierdzi uczony.

Czy da się te obie koncepcje pogodzić? Tak, jeśli przyjmiemy, że Opatrzność musiała tylko zainicjować całą serię bardzo niefortunnych dla Egiptu wydarzeń, które w konsekwencji doprowadziły do masowego wyjścia Izraelitów z "domu niewoli". Oddajmy zatem głos - oprócz teologów - historykom, klimatologom i epidemiologom.

Zacznijmy od podstawowego pytania: kiedy doszło do wspomnianego ciągu nieszczęść? Co do tego historycy nie są zgodni. Większość z nich uważa, że były to lata panowania Ramzesa I, Setiego I, Ramzesa II lub nawet Merneptaha.

Przeważa zaś pogląd, że to trzeci z wymienionych tu władców był tym, na którego spadł ciężar biblijnych klęsk i który koniec końców wygubił swą armię w odmętach Morza Czerwonego.

Ramzes II, zwany Wielkim, założył na swe skronie korony Górnego i Dolnego Egiptu ok. 1279 roku przed narodzeniem Chrystusa. Sprawując ponad trzydziestoletnie rządy, zasłynął realizacją potężnych przedsięwzięć budowlanych oraz zwycięskimi wojnami toczonymi w Syrii, Libii i Nubii. Przełom XIII i XIV wieku p.n.e. jest opisywany przez kronikarzy egipskich jako okres dobrobytu dla państwa i jego mieszkańców. Do czasu...
Pod sam koniec panowania Ramzesa zdarzyło się coś, czego nie przewidzieli uczeni kapłani. Jak dowodzą badania geologiczne przeprowadzone w północnoafrykańskich jaskiniach, doszło wtedy do fatalnego załamania warunków klimatycznych. - Było dużo deszczu, a jego kraj rozwijał się.

Ten okres trwał jednak tylko kilkadziesiąt lat. Pod koniec panowania Ramzesa II krzywa klimatyczna gwałtownie obniżyła się - twierdzi profesor Augusto Mangini z Uniwersytetu w Heidelbergu.

Skutkiem tych zmian pogodowych była dotkliwa i długotrwała susza, która w kilka lat doprowadziła do znacznego wyschnięcia Nilu oraz w rezultacie do ustania jego wylewów.

Mętna pozostałość potężnej rzeki została z kolei skolonizowana przez bakterie z gromady sinic o łacińskiej nazwie Oscillatoria rubescens. To one zabarwiły wody Nilu na czerwono, co zostało uznane za pierwszą z plag, która wkrótce pociągnęła za sobą następne...

Czy możliwe jest jednak inne wyjaśnienie? Owszem, w tym celu przenieśmy się do XVII wieku przed naszą erą. Kto panował wtedy w Egipcie? Tego dokładnie nie wiemy - można tylko domniemywać, że byli to przedstawiciele XIII lub XIV dynastii.
W 1627 roku p.n.e., na jednej z wysp (dziś: Santoryn) archipelagu Cyklad, oddalonego od delty Nilu o 700 kilometrów, wybuchł wulkan Thera. Siła eksplozji dwukrotnie przewyższała zabójczą erupcję Krakatau w 1883 roku. Cały basen Morza Śródziemnego znalazł się w zasięgu oddziaływania żywiołu o niesłychanej sile. Już wkrótce pierwsze zwiastuny nadciągającej katastrofy dotarły do Egiptu...

Czerwona rzeka

W pierwszym etapie swej niszczycielskiej erupcji Thera zaczęła wyrzucać do atmosfery ogromne ilości czerwonego pyłu wulkanicznego. Purpurowa chmura najpierw zasnuła niebo na północy, a potem zaczęła opadać na ziemię w Dolinie Nilu. Wtedy też na oczach przerażonych Egipcjan wody życiodajnej rzeki zmieniły swój kolor: zaczęły przypominać krew!

Według innej teorii wywołana przez erupcję wulkanu fala tsunami wtłoczyła do delty Nilu potężne ilości kwitnących na czerwono glonów, które wywołały podobne zjawisko. Tak czy inaczej, największa rzeka świata została w swym dolnym biegu zatruta, co stało się początkiem fatalnego efektu domina, który miał doprowadzić Egipt do straszliwej - choć "rozłożonej na raty" - katastrofy.

Ucieczka płazów

Główna arteria wodna Egiptu, która zapewniała jego mieszkańcom coroczne obfite zbiory z pól i sadów, zamieniła się w toksyczny, pozbawiony tlenu ściek.

Pierwsze wyginęły ryby, które gniły potem na brzegach i w płytkich zatokach rzeki. Nie miały dokąd uciekać. Ze swej szansy skorzystały jednak żaby, które mogły przecież wydostać się z opresji na ląd.

Opanowały one nadbrzeżne tereny, chętnie korzystając ze schronienia w ludzkich domostwach i wokół nich. Brak wody i kolejne opady pyłu spowodowały jednak ich masowe wymieranie. Przykra woń ziemi wskazuje, że z atmosfery zaczęły przedostawać się do gleby wyzwolone podczas wybuchu Thery związki siarki, fluoru i chloru.

Bzyczący najeźdźcy


W nadbrzeżnych rozlewiskach i mokradłach rozpleniły się komary. Ich rozwijające się w wodzie larwy nie zostały zjedzone przez ryby i płazy, więc wkrótce nad Nilem pojawiły się całe chmary krwiopijców. Dokuczliwie kąsały ludzi i bydło.
Afrykański pomór bydła

Taka inwazja insektów musiała mieć swoje epidemiologiczne konsekwencje. Pokryte otwartymi ranami od ukąszeń krowy, owce, kozy, osły oraz wielbłądy zostały zaatakowane przez zarazę przenoszoną za pośrednictwem much i komarów.

Do masowego wymierania bydła przyczyniło się też zapewne zatrucie wody i paszy przez toksyczne związki chemiczne opadające na ziemię wraz z pyłem wulkanicznym. Zaatakowane zostały przezeń także płuca zwierząt, które po prostu dusiły się.

Inwazja much

Na tym jednak nie koniec, gdyż wkrótce w powietrzu zaroiło się od much. Gnijące truchła ryb i żab stały się doskonałą pożywką, która umożliwiała gwałtowne zwiększenie się populacji tych owadów. One także kąsały ludzi i zwierzęta oraz sprawiały, że żywność stawała się niezdatna do jedzenia.


Pierwsze uderzenie w ludzi


Nie trzeba było długo czekać, by choroby przeniosły się na ludzi. Chmury owadów, gnijące truchła zwierząt, kłopoty z zaopatrzeniem w czystą i nadającą się do picia wodę - to wszystko sprawiło, że w Egipcie wybuchła epidemia choroby, której symptomami były owrzodzenia na ciele.

Według niektórych teorii mogła być to ospa (u zwierząt występująca w postaci tzw. krowianki). Trudno oszacować liczbę jej ofiar.

Ognisty lód

Opady gradu nie są nad Nilem niczym wyjątkowym i pojawiają się do dziś w styczniu i w lutym.

Po wybuchu Thery sytuacja była jednak o wiele poważniejsza: zmieniły się diametralnie warunki klimatyczne i pogodowe. Ogromne ilości pyłu wulkanicznego i pary wodnej powodowały występowanie niszczycielskich burz o niespotykanej dotąd sile.

Wiatr, wyładowania atmosferyczne i olbrzymie kule gradu były ich nieodłącznym atrybutem. Nawałnice pogorszyły i tak już ciężką sytuację aprowizacyjną ludności Egiptu.


Żarłoczna szarańcza

Jakby tego było mało, na resztki upraw rzuciła się szarańcza, która zaczęła ogałacać pola, sady i w ogóle wszelką roślinność, która znalazła się na jej drodze.

Inwazje tych owadów są znane od wieków na obszarze Afryki i Bliskiego Wschodu (żarłoczne chmary szkodników docierały niegdyś nawet do Polski!), jednak ta musiała być wyjątkowo niszczycielska - być może masową migrację szarańczy wywołały burze i opady popiołów wulkanicznych.


Po omacku


Nie ulega wątpliwości, że po tak gwałtownym wybuchu Thery, który wyrzucił do atmosfery ok. 100 kilometrów sześciennych pyłów, dopływ światła słonecznego do powierzchni ziemi został znacznie ograniczony.

Po erupcji Krakatau w 1883 roku mieszkańcy odległych o kilkaset kilometrów miejscowości opowiadali, że przez kilka dni panowały ciemności, a słońce dawało tyle światła co księżyc. Z podobnym zjawiskiem musieli mieć do czynienia Egipcjanie w XVII wieku przed naszą erą.

Tchnienie śmierci

Już ponad 20 lat temu amerykańscy epidemiolodzy John S. Marr oraz Curtis Malloy opublikowali hipotezę, że u źródeł dziesiątej plagi mogą leżeć nawyki żywieniowe sprzed 27 wieków.

Pierworodny syn zawsze dostawał pierwszy i największy posiłek - zaczynał jeść przed swoim rodzeństwem (podobną zasadę stosowano w odniesieniu do zwierząt hodowlanych).

Po serii poprzednich katastrof grzyby pasożytnicze, takie jak czarna pleśń, kropidlak żółty lub sporysz - wszystkie one mogą stać się przyczyną śmiertelnego zatrucia - znalazły w zawilgoconym i pozbawionym dopływu światła słonecznego ziarnie znakomite warunki rozwoju.

A dlaczego plaga nie dotknęła Izraelitów? Ci mieli własne przepisy dotyczące higieny żywności. Także posiłek, który mieli spożyć podczas nocy zagłady (Paschy) gwarantował, że nie znajdą się w nim żadne szkodliwe substancje. I dopiero docierający zewsząd płacz matek skłonił faraona do zezwolenia zniewolonemu narodowi na opuszczenie Egiptu.

Zródło: http://swiatwiedzy.interia.pl/





Zaraszamy na forum
Powitania i życzenia Zapraszamy na Nasze Forum o rzeczach nieznanych i niezbadanych, ale nie tylko.
W ukrytych przed gośćmi tematach można podyskutować na tematy, które Was interesują a może niekiedy trapią.
Anonimowość pozwala na to, że rozmowy będą tajemnicą Was i użytkowników zalogowanych na forum.
Zapraszamy


Forum Zagadki Ludzkości

Klątwa czy przypadek
Zagadki ludzkości Przeklęte diamenty, przeklęte obrazy czy obdarzone niszczycielską mocą samochody.
To klątwa, czy może tylko przypadek?

Paranormalne i dziwne zdarzenia są bardzo nagłośniane.
Dlaczego?
Bo ludzie lubią sensacyjne i dziwne opowieści.
Nieważne, czy są prawdziwe, czy może to tylko legenda, najważniejsze, że opowieść trzyma w napięciu i dowodzi, że w całej historii maczało swoje łapy coś nie z tego świata.

Diament Hope jest słynny na cały świat. Przynosił nieszczęscie każdemu, kto go posiadał. Świadomość, że posiada się coś, co przynosić może nieszczęscie, samo w sobie jest nieszczęsciem. Traci się wtedy wiarę w siebie, w swoją wolę i swoją moc kierowania losem.

Znamy legendę o autach, które sprowadzały na swoich włascicieli nieszczęscie.
Jednym z nich był pojazd, w którym zastrzelono w Sarajewie Arcyksięcia i jego żonę. To zdarzenie zapoczatkowało I Wojnę Światową.
Drugim słynnym pojazdem było Porsche należące do James'a Dean'a - aktora, który właśnie w bardzo młodym wieku stracił życie w tym pojeździe.
Każdego, kolejnego właściciela spotykał bardzo smutny los.
Do przedmiotów przeklętych i przynoszących nieszczęscia można zaliczyć obrazy, na szczęscie jest ich bardzo mało za to sprowadziły one serię głośnych, niewytłumaczalnych zjawisk. Jednym z takich obrazów jest Płaczący chłopiec.
W latach osiemdziesiątych w Wielkiej Brytanii masowo zaczęto produkować kopie różnych słynnych obrazów w tym także obraz Płaczącego chłopca. Obraz zapłakanego chłopca o smutnej buzi cieszył się szczególnie dużym powodzeniem. I nic ciekawego może by się nie działo w związku z tym , ale dziennik "Sun" swoim artykułem wywołał prawdziwą burzę, bo oskarżał on reprodukcję owego obrazu o paranormalne wywoływanie pożarów. Oczywiście artykuł wywołał lawinę ironicznych komentarzy, a prześmiewcy na ten temat snuli różne komiczne teorie. Jednak po pewnym czasie nawet najwięksi sceptycy umilkli i obserwowali rozwój wydarzeń. Okazało się, że w domach gdzie wybuchały pożary był zawieszony na ścianie obraz Płaczącego chłopca, który w płomienich w jakiś niezwykły sposób nie uległ zniszczeniu. Spłonęło w domach wszystko ,oprócz owego obrazu. Zaczęły napływać do redakcji gazety listy podające adresy domów, które zostały zniszczone w płomieniach, a własciciele posiadali przeklętą reprodukcję obrazu.
W każdym przypadku scenariusz był ten sam : wybuchał nagle pożar, spłonął dom czy mieszkanie, zniszczone zostało wszystko ....oprócz obrazu. Tysiące ludzi wyrzuciło w wielkim popłochu kopie obrazu z Płaczącym chłopcem paląc w ogniskach. Niesamowite? Dziwne? Faktycznie.
Drugim przekletym obrazem jest "Hands Resist Him" , ktory powstał w 1972 roku w pracowni Billa Stonehama. Przedstawia on artystę, jako 5-cioletniego chłopca prowadzonego przez lalkę na obchód po jego minionych życiach.

Artysta nie wie jak to się stało że obraz zyskał miano przeklętego, ale ludzie, którzy zetknęli się z tym obrazem mieli bardzo dziwne przeżycia i byli przekonani, ze jest przeklety. Założyciel galerii, w której "Hands resist him" był wystawiany, zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach, z życiem pożegnał się rownież człowiek, który jako pierwszy opisał obraz w jednym z katalogów. Ludzie, ktorzy zetknęli się z obrazem mieli zawroty głowy, niektórzy mdleli. Wielu z nich widziało postacie z obrazu pojawiajace się w ich mieszkaniach, mieli omamy i halucynacje zwiazane z tym obrazem. Dzieci zaczynały płakać gdy patrzyły na obraz a niektóre z nich były tak przerażone, że wogóle na niego patrzeć nie chciały.
Obraz "Hands resist him" zostal wreszcie sprzedany w 2000 roku na aukcjach Ebay za sumę 1,025.00 dolarów.

Czy to klątwa przedmiotów, czy to tylko przypadek, który w naturalny sposób zaczął działać na wyobraźnię następnych włascicieli na których działała magia złej sławy owych przedmiot.
Ludzie, którzy wierzą w istnienie złych mocy twierdzą, że to dzieło samego szatana, który "naznaczył" owe przedmioty,ale dla racjonalistów to jest tylko przypadek.
FAKTY I MITY W BIBLII
Ciekawostki Wiele wydarzeń opisywanych w Biblii to fakty potwierdzone przez naukę

Krytycy Biblii twierdzą, że jest ona zbiorem podań i legend nie mających wiele wspólnego z rzeczywistością. Jej fanatyczni wielbiciele wierzą bez zastrzeżeń w każde zapisane w niej słowo. A może prawda leży pośrodku? Może wiele cudownych z pozoru historii zapisanych w Starym Testamencie należy rozumieć inaczej, nie zaprzeczając jednocześnie ich istnieniu...
Zapewne osoba Noego pozostałaby w sferze wierzeń, gdyby nauka nie udowodniła ponad wszelką wątpliwość, że ludzkość rzeczywiście przeżyła kataklizm potopu.
Badania archeologiczne na terenie legendarnego sumeryjskiego miasta Ur, założonego dwadzieścia trzy stulecia przed naszą erą, rozpoczęli na przełomie XIX i XX wieku Anglicy. To oni potwierdzili istnienie władców wymienionych w Księdze Daniela. Największy sukces odniósł młody, błyskotliwy i niezwykle skrupulatny Leonard Woolley, który odnalazł m.in. bajkowy skarb z grobowców królewskich (można go podziwiać w British Museum i w mauzoleum archeologicznym w Bagdadzie). W 1922 roku Woolley wysłał do Londynu zaskakujący telegram: "Odnalazłem ślady potopu".
Nie były to bynajmniej czcze przechwałki żądnego sławy młodzika. Do Ur popędziły tłumy archeologów, geologów, biologów, chemików i fizyków. Wszyscy oni rzucili się na wykopaliska, ze szczególnym zainteresowaniem przyglądając się skamielinom wodnych żyjątek ilastych. W tym różnojęzycznym zbiorowisku uczonych głów nie było rozbieżności: potop rzeczywiście miał miejsce, zniszczył dawną cywilizację, grzebiąc ją pod dziesiątkami metrów mułu, po czym, jak oznajmiła to Biblia, narodził się nowy świat, a rasa ludzka odrodziła się w Kisz, czyli na terenach obecnej Armenii, gdzie na górze Ararat osiadła Arka.
Kolejny telegram Wolleya, wysłany w dwa miesiące po pierwszej rewelacji, brzmiał: "Szesnaście stóp od warstwy cegieł, których pochodzenie możemy ocenić na około 2700 lat p.n.e., dotarliśmy do ruin Ur sprzed potopu".
Zawrzało, i to nie tylko w środowisku uczonych. Biblia mówiła prawdę. Znalezione przez Wolleya przedmioty stanowiły dowód.
Kontynuatorzy pracy angielskiego badacza odnaleźli ślady pięciu "przedpotopowych" miast wymienianych w Biblii. Jednym z nich było miasto babilońskiego boga mądrości Eridu, zniszczone przez Elamitów pod koniec trzeciego tysiąclecia p.n.e. i wyludnione, kiedy w drugim tysiącleciu nastąpiła zmiana kierunku płynięcia wód Eufratu (to jedna z odsłon dramatu pt. potop). Drugie to Bada Tibira, trzecim był Larak, czwartym - Sippar. Piątym wielkim miastem, którego pozostałości zostały odkopane przez archeologów, był Szuruppak. Znaleziono tam tabliczki, które podają, że 2500 lat p.n.e. w Szuruppak mieściła się pierwsza w historii ludzkości szkoła skrybów, czyli ówczesnych sekretarzy.
"Dawno, dawno temu - czytamy w epilogu arcyciekawej książki Maurice i Pulette Deribere pt. "Światowa historia potopu" - nastąpił Potop, o którym doniosły nam stare podania sumeryjskie i babilońskie, a z którego Biblia uczyniła dogmatyczny fundament. (...) Wydarzyły się też inne podobne kataklizmy - albo na nizinnym obszarze Mezopotamii, albo w innych miejscach Azji i całego świata. Każda z mitologii tych krajów zachowała pamięć o nich i uwieczniła płynące z nich nauki; każda religia przejęła ich podstawowe elementy. Potop, a nawet potopy, wyryły w ludzkich umysłach myśli o zbawieniu oraz głęboki szacunek dla sił przyrody".

Prawdziwa wieża Babel
Dawno temu ludzie mówili jednym językiem. Pewnego razu postanowili zbudować wieżę tak wysoką, aby sięgała nieba. Bogowi nie spodobał się ten pomysł, więc pomieszał budowniczym języki, by przestali się rozumieć i przerwali bezbożne dzieło.
Badacze przez wiele wieków uważali, że zarówno wieża, jak i historia o pomieszaniu języków były jedynie mitem, alegoryczną przypowieścią o tym, jak niezgoda może doprowadzić do klęski. Jednak archeolodzy odnaleźli ruiny budowanej przez babilońskiego króla Nimroda - i nigdy nie ukończonej - wielkiej świątyni (zikkuratu) - Etemenanki. Naturalnie, nigdy nie stałaby się tak wysoka, by sięgnąć nieba, ale może nie o to dokładnie chodziło? W Biblii jest napisane, że celem budowy było nawiązanie łączności z bogiem, ze światem duchowym. Znany badacz starożytności, Zecharia Stitchin, twierdzi, że zikkuraty, a także tak bardzo do nich podobne piramidy w Ameryce Południowej, były w pewnym sensie odbiornikami radiowymi służącymi do nawiązywania łączności z "bogami z kosmosu", czyli z astronautami z innych cywilizacji. Teoria ta, choć bardzo kontrowersyjna, ma wielu zwolenników, którzy zwracają uwagę na fakt, że słowo babel w językach semickich brzmiało ba bel i znaczyło "brama do boga".
No dobrze - wieża Babel istniała naprawdę. Nieważne, w jakim celu ją budowano: by była świątynią dumania, medytacji czy stacją nadawczo-odbiorczą. Ale co z tym pomieszaniem języków?
John Otler, profesor lingwistyki na uniwersytecie w Nowym Meksyku, napisał w swej książce "Language and Experience": "Na świecie jest jakieś pięć tysięcy języków oraz 50-60 ras. Możemy prześledzić najlepiej znane języki z rodziny indoeuropejskiej, sięgając do roku 3000 p.n.e., w przybliżeniu do czasów wieży Babel. Dalej nie da rady." Naukowcy, m.in. brytyjski archeolog Colin Renfrew, dr John Otler czy dr Richard Bliss, udowodnili, że 3000 lat temu ludzie zamieszkujący Mezopotamię mówili jednym językiem, tzw. protojęzykiem, z którego powstała rodzina języków indoeuropejskich (polski też do niej należy, ale chiński czy węgierski już nie).
Oczywiście, nie oznacza to, że Bóg, zezłościwszy się na bezczelność ludzi, pomieszał im języki. Oznacza to, że po potopie na terenie Sumeru i Babilonu żyło plemię ludzi mówiących jednym językiem (może byli to potomkowie Noego?). Po jakimś czasie, gdy się rozmnożyli, przestali się mieścić na ograniczonym terenie i zaczęli migrować. Naturalnie, z biegiem czasu język musiał się zróżnicować. Gdyby ktoś zaczął do nas mówić językiem Polan - plemienia z początków naszej państwowości - nic byśmy nie zrozumieli. Być może właśnie o tym mówi legenda o wieży Babel, przekazywana z pokolenia na pokolenie w formie ustnej opowieści (w oryginalnej historii to sumeryjski bóg mądrości Enki pomieszał ludziom języki), która jak w znanej grze w "głuchy telefon" zmienia pierwotną informację w prawdziwego dziwoląga...
Prorok-historyk
Daniel, autor jednej z biblijnych ksiąg, który przekonywał babilońskiego króla Nabuchodonozora i jego wnuka Baltazara o mocy Jahwe, był postacią historyczną. Ferdinand Hitzig, amerykański biblista niemieckiego pochodzenia, nie ma wątpliwości, że pochodził on z zamożnego oraz wpływowego żydowskiego rodu i że po podbiciu Jerozolimy przez Babilon został przeznaczony do służby w najbliższym otoczeniu władcy. Świadczy o tym zarówno znajomość realiów, jak i język, którym posługuje się prorok. Sceptycy mieli jednak wątpliwości, ponieważ w żadnych przekazach, poza Biblią, nie pojawiało się imię następcy Nabuchodonozora - Baltazara. Jednak w 1854 roku pośród ruin starożytnego miasta Ur, na terenie leżącym dziś w południowej części Iraku, odnaleziono niewielkie gliniane cylindry pokryte pismem klinowym. Dokumenty te, sporządzone przez syna Nabuchodonozora, Nabonida, zawierają modlitwę w intencji najstarszego wnuka Nabuchodonozora, Baltazara. Nawet ci, którzy uważali tę postać za wytwór wyobraźni Daniela, musieli przyznać, że istniała naprawdę. Widoczna u Daniela drobiazgowa znajomość starożytnego Babilonu jest dowodem autentyczności jego relacji. Daniel wspomina o ogromnej pysze króla Nabuchodonozora, który pragnął uwiecznić swe imię, wznosząc monumentalne budowle. Współcześni archeolodzy potwierdzili, że faktycznie należy mu przypisać wiele przedsięwzięć budowlanych w ówczesnym Babilonie. Odnaleziono nawet cegły, na których budowniczowie wypalali imię króla. Gdyby, jak twierdzą krytycy Księgi Daniela, prorok był oszustem żyjącym w czasach machabejskich, czyli cztery wieki po Nabuchodonozorze, nie miałby takiej wiedzy o dawnym Babilonie, gdyż od odkryć archeologicznych dzieliły go setki lat, a Babilon na długo przed nastaniem Machabeuszy został doszczętnie zniszczony przez Persów. Tymczasem przejmujący opis uczty u Baltazara, tej samej, podczas której na pałacowej ścianie pojawił się złowieszczy napis: "Mane, Tekel, Fares" (policzone, zważone, rozdzielone), jest zgodny z wizerunkami na płaskorzeźbach przedstawiających podobne uczty. Jak widać po tych kilku jedynie przykładach, nie można wszystkiego, co jest napisane w Starym Testamencie, traktować dosłownie, ale nie można też tych historii wrzucać do worka z bajkami. Biblia jest kroniką historyczną narodu żydowskiego. Jej twórcy zapisali wydarzenia tak, jak je rozumieli, a teraz naukowcy starają się oddzielić fantazję od rzeczywistości, by lepiej poznać korzenie ludzkości.
10 PLAG EGIPSKICH
Plagi, jakie spadły na Egipt, gdy - jak można przeczytać w Starym Testamencie - faraon odmówił prośbie Aarona, by pozwolił Żydom odejść, były skutkiem jednego z największych wybuchów wulkanów w starożytności - twierdzi geolog George Bennet.
Wulkan wybuchł na Therze - małej wyspie u wybrzeży Grecji. Dokładnie w tym czasie, według Biblii, miało miejsce wyjście Żydów z Egiptu. Wybuch był tak potężny, że nie tylko zniszczył cywilizację Thery (spod grubej warstwy pyłu wulkanicznego odkopano wspaniałe miasto o brukowanyh ulicach, ze świątyniami, tarasami, wodną kanalizacją, łazienkami, ubikacjami) - która, jak niektórzy wierzą, była wzorem dla opowieści Platona o Atlantydzie - ale także odbił się echem na całej Ziemi.
Grzmot wybuchu ogłuszył wszystkich w promieniu 500 kilometrów, a potem fala dźwiękowa 16 razy otoczyła Ziemię. W powietrzu i w morzu znalazło się 200 tys. metrów sześciennych skał. Tysiące ton pyłu wyrzuconego w atmosferę na wiele dni zasłoniły słońce (nawet chińskie kroniki wspominają o niezwykłym ochłodzeniu klimatu w lipcu i o ciemnościach). Pył, który opadł, zakwasił rzeki i zmienił ich kolor na krwisty, zniszczył zasiewy; sprawił, że jedne zwierzęta ginęły, inne się pleniły ponad miarę - zwłaszcza muchy i komary (plaga trzecia i czwarta), które roznosiły choroby, np. ospę ("Pył będzie się unosił nad całym krajem egipskim i sprawi u człowieka i bydła wrzody i pryszcze" - plaga szósta).
Uciekającym z Egiptu pobratymcom Mojżesza w dzień towarzyszył słup dymu, a w nocy słup ognia - być może ma to związek z wybuchem wulkanu na Therze.


Straszliwe kataklizmy wywoływane przez siły natury dawniej były traktowane przez ludzi jak gniew bogów. Opowieści przekazywane ustnie z pokolenia na pokolenie ubarwiano, dopowiadano kolejne rozdziały tragedii. Czytając w Biblii o zniszczeniu dwóch grzesznych miast, Sodomy i Gomory, widzimy w wyobraźni rozgniewanego Boga, który zrzuca na miasta ogień i siarkę. Niektórzy miłośnicy astroarcheologii, widzący w każdej niezwykłej historii rękę kosmitów, twierdzą, że na miasta zrzucono bomby atomowe. Jednakże bardziej trzeźwo patrzący na życie naukowcy mówią: po co bomby? Wystarczyło potężne trzęsienie ziemi, które zapaliło gazy z pokładów ropy naftowej, obficie tam występującej, i nieszczęście gotowe!
A co z żoną Lota, tą, która zamieniła się w słup soli? Sodoma i Gomora, czyli, jak twierdzą archeolodzy i antropolodzy, Bab edh-Dra i Numeira, leżały na równinie blisko Morza Martwego (zwanego tak, dlatego że stopień zasolenia wód wyklucza istnienie w nim życia). Wokół znajdowały się wielkie kopalnie soli, wręcz całe łańcuchy gór zbudowanych z soli. Wysoka temperatura ognia żywiącego się ropą oraz trzęsienie ziemi sprawiły, że wszędzie rozlały się jeziora płynnej soli. Kto w nie wpadł, zamieniał się w solny posąg. Może żona Lota (lub mnóstwo uciekających z miasta ludzi) była nieostrożna i wpadła do takiego jeziora, co zostało odnotowane w formie przypowieści...
http://www.gwiazdy.com.pl/component/content/article/4137-mity-udowodnione?start=1
Strona 1 z 4 1 2 3 4 >
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Ankieta
Czy wierzysz w duchy?

Nie, nie mogą wrócić i straszyć

Wierzę, że mogą straszyć

Nie ma duszy więc nie ma duchów

Nie interesuję mnie to

Jestem ateistą, nie wierzę w świat duchowy

Musisz się zalogować, żeby móc głosować w tej Ankiecie.
facebook


Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie | okazjanazakupy.pl